Edyta Jungowska: Wciąż uśmiecham się do siebie w lustrze

Reklama

Choć jej syn jest już dorosłym mężczyzną, długo chciała go chronić. Dziś daje mu prawo do popełniania własnych błędów.

 

Perlisty śmiech i charakterystyczna chrypka to jej znaki rozpoznawcze. Edyta Jungowska (52 l.) jest ciągle w ruchu, tryska energią i lubi mieć wszystko pod kontrolą. Choć jej syn Wiktor ma już 24 lata, gwiazda czasem o tym zapomina.

Czy etap wyfruwania jedynaka z gniazda odczuła pani boleśnie?

Mam niestety taką naturę, że lubię się wtrącać, trudno więc mi się z tym pogodzić. Zawsze mamy jakieś wyobrażenia, co dla naszych dzieci byłoby najlepsze, ale ostatecznie nie przeżyjemy za nie życia. Ostatnio staram się wprowadzać nową zasadę, ukradzioną Kasi Nosowskiej: "Daj mu święty spokój..."(śmiech).

Z Rafałem Sabarą stanowicie zgrany duet. Jaki jest pani przepis na udany związek?

Nie ma żadnych recept. Dopóki się ze sobą szczerze gada i podobnie patrzy na świat, można razem wiele przejść.

Czym jest dla pani przyjaźń?

Najsilniejsze są te sprzed lat, zwłaszcza takie, które nawet, gdy przycichną na jakiś czas, powracają z tą samą intensywnością, co dawniej. Mam kilka, które pamiętają ów przysłowiowy trzepak i wierzbę, czy też Ognisko Teatralne u Machulskich - oj, tam narodziło się wiele z moich przyjaźni.

Kiedy patrzy pani dziś w lustro, widzi...

Nieco zbyt okrągłą twarz, w której jednak bez problemu rozpoznaję siebie, bez potrzeby przedzierania się przez warstwy botoksu (śmiech).

Ma pani ogromne poczucie humoru - optymizmu można się nauczyć?

Za cholerę nie wiem. W genach mam na pewno, tak po mamie, i tacie, zapisany kod "nie poddawaj się". Z optymizmem bywa rożnie, ale o tym nie muszą przecież wiedzieć wszyscy, prawda?

Podobno w pracy jest pani perfekcjonistką, ale w domu działa bez planu...

Nie umiem i nie lubię gotować, ale jestem świetna w urządzaniu wnętrz. Wiem, gdzie co powinno stać, a że lubię zmiany, więc miewam napady nagłych zakupów, na przykład nowego mebla czy dywanu. Przywożę ich cztery, pięć, potem oddaję, ale tego szału nikt i nic nie jest w stanie powstrzymać (śmiech).

Skąd się wziął pomysł wydawania książek dla dzieci?

Długo dojrzewała we mnie chęć uniezależnienia się od kaprysów aktorskiego losu. Założyliśmy więc firmę producencką, początkowo w celu realizacji programów telewizyjnych. Po kilku latach, w zasadzie dzięki przypadkowi, zmieniła się w wydawnictwo audiobooków. A wszystko zaczęło się od Pippi, której przygody bardzo chciałem przeczytać - i tak czytam Astrid Lindgren już prawie dziesięć lat. Powstała seria osiemnastu jej najpiękniejszych książek. Od "Dzieci z Bullerbyn" przez "Braci Lwie Serce", "Karlssona z Dachu" po "Detektywa Blomkvista".

 

 

A z czym kojarzy się pani dzieciństwo?

Z kluczem na sznurku noszonym na szyi i wielką wierzbą rosnącą koło śmietnika. Zapachu śmietnika nie pamiętam, pewnie przywykłam do tej charakterystycznej woni naszego królestwa. Mam żywe wspomnienie totalnej wolności i smaku ptasiego mleczka, które moi rodzice jakimś cudem zdobywali na Wigilię.

Wydawnictwo to rodzinny biznes - w pracy wspiera panią ukochany i syn. Potraficie oddzielić życie zawodowe od prywatnego?

To trudne, ale usilnie nad tym pracuję. Dwukrotnie uczestniczyłam w specjalnych kursach poświęconych firmom rodzinnym. Pochylali się nad nami specjaliści, którzy znakomicie wiedzą, że takie przedsięwzięcia nie należą do łatwych, bo trudno oddzielić prywatne emocje od pracy.

Powiedziała pani w jednym z wywiadów, że w Polsce nie ma ról dla dojrzałych kobiet. Tęskni pani za aktorstwem?

Pokutuje mniemanie, że aktor pragnie umrzeć na scenie, ja raczej się na to nie piszę. Jeśli tęsknię, to raczej za ciekawą rolą. Na przykład za taką, jak kreacja Larisy, którą ostatnio zagrałam w Teatrze Telewizji a Rafał wyreżyserował. Cieszę się z niej, tym bardziej że została dostrzeżona - razem z Ewą Dałkowską dostałyśmy wyróżnienie na Festiwalu Dwa Teatry, a ostatnio nagrodę Stowarzyszenia Krytyków. Nie płaczę za etatem, może tylko tęsknię za zespołem, takim jak był u Hanuszkiewicza. Ale nie ma czasu na rozpamiętywanie - w minionym roku brakowało mi go nawet na to, by się podrapać (śmiech).

Jak się pani w takim razie najlepiej relaksuje?

 

Pływam żaglówką po morzu. Najchętniej wokół greckich wysp. A poza tym zwiedzam nowe miejsca, zbieram informacje. Jestem typem myśliwego, lubię upolować jakąś ciekawostkę, ciągam wszystkich po muzeach i kościołach. Kocham podróże.

Autor: 
-----------------
Źródło: 
Pomponik
Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama