Patrycja Markowska: Mój związek z Jackiem nie należy do najłatwiejszych!

Reklama

Patrycja Markowska (38 l.) i Jacek Kopczyński (47 l.) są razem od kilkunastu lat. Ich związek przechodził różne zawirowania, z których jednak zawsze udawało im się wychodzić obronną ręką. Jeszcze jakiś czas temu media rozpisywały się o ich rozstaniu, co okazało się wyssaną z palca plotką. W szczerym wywiadzie piosenkarka opowiada o trudach wspólnego życia, macierzyństwie oraz o tym, jak to jest być córką legendarnego muzyka...

 

Świat i Ludzie: Kiedy po raz pierwszy pomyślała pani: chcę śpiewać?

Patrycja Markowska: To naprawdę niesamowite, ale czasami wydaje mi się, że miłość do sceny wyssałam z mlekiem rodziców. Już jako trzyletnie dziecko bawiłam się, że wyjeżdżam w trasy koncertowe. Zakładałam futro niani, pakowałam kostkę masła do torby podróżnej i obwieszczałam: wszystkim: „Jadę w trasę”.

Jak wygląda dzieciństwo w domu, w którym głową rodziny jest Grzegorz Markowski, legendarny wokalista zespołu Perfect, rockandrolowiec?

- W moim domu zawsze było dużo miłości. I oczywiście dużo szaleństwa. Rodzice przykładali ogromną wagę do mojego wychowania. Do tego jak się uczę, jak odnoszę się do innych ludzi. Oboje ze mną dużo rozmawiali. Nie było mowy o „samowolce”.

Mogła im pani wszystko powiedzieć?

- Zwierzałam się rodzicom ze wszystkiego. Dlatego tak się cieszę, że i mój synek mówi mi o wszystkim.

A na czym polegało to szaleństwo?

- Dom był szalony. Wokół było zawsze dużo ludzi, słuchaliśmy muzyki, a tata kolorował peerelowską rzeczywistość na swój piękny, rockandrollowy sposób.

Na przykład?

- Wożąc mnie na masce samochodu po Józefowie, gdzie mieszkałam z rodzicami. Bo zapytałam, jakie to uczucie jeździć kabrioletem... (śmiech).

A dziś? Jak wygląda ta relacja, często się spotykacie?

- Do tej pory utrzymujemy bardzo bliskie relacje. Spotykamy się średnio raz w tygodniu, na obiad, a czasami wyjeżdżamy razem na wakacje.

Jaki wpływ na wybór życiowej drogi, czyli śpiewania, miał ojciec? Zachęcał, odradzał, był neutralny?

- Tata na początku nie był najszczęśliwszy, że chcę śpiewać, że taką drogę wybrałam...

Nie był najszczęśliwszy to delikatnie powiedziane. Podobno na samą wieść o pani zamiarach „włosy stanęły mu dęba”...

- Wiedział z jakim stresem wiąże się ta praca. Jak trudna bywa zwłaszcza dla kobiety. Ale czułam, że zmieni zdanie. Bo chce, żebym była szczęśliwa. Kiedy więc zobaczył jak ważne jest to dla mnie – odpuścił.

Kiedyś powiedziała pani o swojej twórczości: „Zawsze bardzo odsłaniałam serducho”. Opisuje pani własne przeżycia i emocje? Czeka na wenę czy po prostu siada i pisze?

- Bardzo inspiruje mnie muzyka, do której mam napisać tekst. Piszę w przeróżnych sytuacjach życiowych, inspirują mnie ludzie, filmy, dźwięki. Kiedy natomiast nie mam weny, nie staram się robić tego na siłę. Oddaję wtedy piosenkę do napisania zaprzyjaźnionym autorom tekstów.

Od kilkunastu lat jest pani w związku z aktorem Jackiem Kopczyńskim. Jak dwoje artystów radzi sobie w jednym domu?

- Mimo że mój związek z Jackiem nie należy do najłatwiejszych, bo oboje jesteśmy wrażliwcami z dość wybuchowymi charakterami, to jednak bardzo wiele nas łączy. Nasz dom to nasza oaza. Miejsce, w którym lądujemy po powrocie z tras, po ciężkich spektaklach i koncertach. Gdzie czujemy się bezpieczni.

Państwa syn, Filip, ma już 10 lat. Czy on także idzie w ślady mamy i dziadka? Czy ma zupełnie inne zainteresowania?

- Filip, chociaż cały czas podśpiewuje w domu, twierdzi, że mamy z tatą najgorszy zawód świata (śmiech). Ale zabawne, że padło to pytanie. Bo właśnie wyszła płyta dla dzieci, z której dochód przekazany jest na Fundację Spełnić Marzenie Tomka Osucha. Śpiewają na niej różni artyści z dziećmi. W tym ja z tatą i z Filipem. Po raz pierwszy śpiewaliśmy w takim składzie, we trójkę. Filip dał się namówić. Ale było ciężko.

A dlaczego: „najgorszy zawód świata”?

- Filip uważa tak, bo mimo całej swojej energii i radości życia należy do nieśmiałych chłopców. Widzi jakie nerwy towarzyszą tej pracy i nigdy nie pcha się na świecznik.

Zaśpiewaliście na tej płycie we troje... A jak dziadek, rockman, dogaduje się z wnuczkiem?

- Mój tata jest nietypowym dziadkiem, ale ma silną więź z Filipem. Opowiada mu o lesie, zwierzątkach i tajemnicach przyrody. Cieszy mnie, że mój mały mieszczuch może czasem oderwać się od gonitwy dużego miasta i docenić spokój Józefowa.

Podobno, gdy był niemowlakiem, dziadek miał na niego „sposób”...

- Gdy Filip był malutki i płakał, to tata grał mu głośno na gitarze Rolling Stonesów. I był dumny, że mały nie płacze. A Filip ze zdziwienia robił po prostu wielkie oczy (śmiech).

Co lubicie wspólnie robić? Z synkiem, z partnerem? 

- Uwielbiamy jeździć rowerami po Saskiej Kępie, gdzie mieszkamy. Oglądać dobre filmy. Namawiam Filipa do czytania także dobrych książek, choć w dzisiejszych czasach nie jest to łatwe (śmiech).

Ma pani jakiś przepis, radę na stworzenie wieloletniego, udanego związku?

- Bycie w długoletnim związku wcale nie jest łatwe. I wszyscy o tym wiemy. Niezwykle ważny jest kompromis, zejście ze swojego 'ego', walka z własnym egoizmem. Ale to niezwykła sztuka, nad którą pracujemy każdego dnia.

Fenomenalnie pani wygląda. Co pani robi, je, ćwiczy?

- Bardzo dziękuję, to dla mnie ogromny komplement. Nie ćwiczę zbyt regularnie, ale lubię ruch. Wydzielające się wtedy endorfiny bardzo mi pomagają, kiedy mam cięższy czas.

Czuje się pani dojrzałą kobietą, czy też wciąż jest w pani coś z dziewczynki?

- Choć przeżyłam już swoje i cały czas się uczę, mam nadzieję, że tą małą Patrycję zachowam w sobie na zawsze.

Autor: 
---------------------
Źródło: 
Pomponik
Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama