Andrzej Piaseczny: Co uratowało go od nałogu?

Reklama

Andrzej Piaseczny (47 l.) szczerze wyznał, że był o krok od uzależnienia. Jak dowiedział się "Dobry Tydzień", wyjawia to dopiero teraz, bo wcześniej nie chciał dawać złych wzorców nastolatkom, słuchającym jego piosenek.

 

 

Przez lata wypracował sobie najpierw wizerunek grzecznego chłopca, potem nieco melancholijnego i tajemniczego dżentelmena. Nie jest bohaterem skandali, o życiu prywatnym nie chce opowiadać.

Po koncertach wraca do swego azylu – domu na wsi w Górach Świętokrzyskich. Jednak ostatnio Andrzej Piaseczny zaszokował szczerym wyznaniem, ujawniając, że był na granicy uzależnienia.

 

Nadużywał alkoholu i narkotyków. 

"Próbowałem niemal wszystkiego, brałem naprawdę twarde substancje" – zdradził w wywiadzie.

Kiedy jako dwudziestolatek dołączył do zespołu Mafia, pochłonęło go rozrywkowe życie. Koncertował, jeździł po Polsce i imprezował. 

"Był taki czas, że codziennie piłem. Nie na umór, ale jednak" – wyznaje.

Zawsze był bardzo nieśmiały, a wysokoprocentowe napoje dodawały mu animuszu. Potem sięgnął po marihuanę i twardsze narkotyki. 

Płyta „Sax & Sex” nagrana z Robertem Chojnackim była wielkim sukcesem. Sodówka uderzyła mu do głowy. Za zarobione pieniądze kupił sobie srebrną hondę. Tego samego dnia miał wypadek. Zagapił się, by uniknąć kolizji, skręcił kierownicą, przekoziołkował autem kilka razy i wylądował na płocie. 

"Przeżyłem, ale samochód nadawał się do remontu" – wspomina. 

"To oczywiście było szczeniackie myślenie, ale byłem wtedy po dwudziestce i chciałem po prostu spełnić młodzieńcze marzenie. Dopiero po następnych sukcesach zacząłem myśleć o ważniejszych sprawach, choćby o domu" – wyjaśnia.

 

 

 

Ze wstydem opowiada, że podczas występów wiele razy był pod wpływem używek.

"Gdy po zejściu ze sceny trzeźwiałem, zaczynałem wkurzać się sam na siebie. Bo zdawałem sobie sprawę, że zachowałem się wobec widowni niefajnie, nieuczciwie. Eksperymentowałem do jakiejś trzydziestki, właśnie w czasach największej kariery. Później uświadomiłem sobie, że ćpanie nie prowadziło mnie w dobrą stronę" – powiedział. 

Andrzej czuł, że traci panowanie nad swoim życiem, że z coraz większym trudem pisze piosenki. Zamiast ostrego rocka chciał tworzyć muzykę pop. Twierdzi, że ludzie nie przychodzą na takie koncerty, by słuchać narkotycznych improwizacji. Wszystko ma być zagrane i zaśpiewane ładnie oraz czysto.

Mama artysty z wielkim niepokojem patrzyła na jego wyskoki. Martwiła się, by nie stoczył się na dno. Prosiła, by się opamiętał. Jest kobietą o silnej osobowości i zawsze mówi prawdę prosto w oczy. Syn ogromnie liczy się z jej zdaniem. Z ojcem nie miał tak dobrej relacji. Dopiero gdy jego tata umierał na raka, pojednali się. Bliscy namawiali go, żeby się ustabilizował, nie roztrwonił zarabianych pieniędzy. I by wracał w rodzinne strony, uciekał od nocnych klubów stolicy i dilerów. Był na krawędzi. 

Posłuchał ich rady i postanowił kupić kawałek ziemi pod Kielcami. Po pierwszej solowej płycie, która ukazała się w 1998 roku, wziął kredyt i wybudował wymarzony dom. I przestał już eksperymentować.

"Przerzuciłem się na uzależnienie od słodyczy. Nie zostałem Jimim Hendrixem, ale ciasteczkowym potworem" – śmieje się dziś piosenkarz.

Na wsi odnalazł spokój i szczęście, których tak potrzebował. To jego azyl. Po przykrych doświadczeniach zawsze ma się gdzie skryć. 

Tak było po Konkursie Piosenki Eurowizji w 2001 roku w Kopenhadze. W finale widowiska zajął odległe 20. miejsce. Dla wrażliwego artysty była to porażka, ciężko ją odchorował. Załamał się psychicznie. Na dwa lata wycofał się z show-biznesu. Zaszył się wtedy w swoich ukochanych Górach Świętokrzyskich. 

"To miejsce na ziemi, w którym się wyciszam i uspokajam, dobrze się tu czuję. Bywa samotnią, ale nigdy nie jest bunkrem czy zamkiem" – mówił w wywiadzie dla „Dobrego Tygodnia”.

Andrzej pochodzi z Pionek pod Radomiem. Jako nastolatek marzył o zamieszkaniu w wielkim mieście. Gdyby wtedy ktoś mu powiedział, że wybierze wieś, postukałby się w głowę. 

"To nie jest żadna ucieczka, tylko potrzeba swobodniejszego oddechu" – wyjaśnia dzisiaj. 

Życie blisko przyrody, w zgodzie z naturalnym cyklem daje mu poczucie bezpieczeństwa. A fizyczne zajęcia w ogrodzie pozwalają mu oczyścić głowę ze złych myśli. Jest gdzie pracować, bo dom leży na działce liczącej półtora hektara!

 

 

 

Na tym terenie gwiazdor ma lasek brzozowy, zagajniki świerkowe i sad, a wokół domu mnóstwo kwiatów.

"Ogród i czas w nim spędzony to szczęście. Szczególnie silnie odczuwalne, kiedy mogę się nim dzielić z przyjaciółmi i rodziną" – wyznaje. 

Dużą część roku spędza u niego mama Alicja.

"Przyjeżdża zwykle na całe lato. Moja familia jest bardzo liczna. Co roku dokupuję krzesła" – śmieje się artysta.

Lubi, kiedy wszyscy zjeżdżają się do niego na święta Bożego Narodzenia. Serwuje wtedy pyszny bigos, który przyrządza według przepisu taty.

Autor: 
------------------
Źródło: 
Pomponik
video: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama