Gienek Loska: dlaczego pomoc przyszła tak późno?

Reklama

Gienek Loska po tym, jak doznał wylewu, otrzymał odpowiednią pomoc po 11 godzinach. Dziś walczy o powrót do zdrowia. Udało nam się dowiedzieć, dlaczego pomoc przyszła tak późno i dlaczego informacja o tym trafiła do publicznej wiadomości dopiero teraz.

Gienek Loska pojawiając się w pierwszej edycji "X Factor" urzekł widzów. Był autentyczny, a do tego pokazał, że ma ogromny wokalny talent. Jego płyta "Hazardzista" zdobyła status złotej. Choć z biegiem lat zrobiło się o nim ciszej, fanów wciąż interesowało, co dzieje się z charyzmatycznym wokalistą. Dlatego też informacja, jaką podała Polska Fundacja Muzyczna o jego wylewie, była ogromnym zaskoczeniem. Jak się okazuje, od początku przy Losce była jego ukochana, Agnieszka Stawicka. To właśnie ona opowiedziała nam, jak doszło do w maju do wylewu i w jakim stanie jest obecnie artysta.

- Rozmawiałam z nim na chwilę przed tym, co się stało. Wieczorem wyszedł na papierosa i z tego, co opowiadali mi później świadkowie, nagle zakręcił się w kółko i upadł. Niestety, (Białooziersk, przyp. red.) to bardzo małe miasteczko, właściwie nie ma mowy o specjalistycznej pomocy. W szpitalu, do którego go zabrali, nie ma chyba nawet rentgena. Potem przewieźli go do szpitala odległego o 20-kilka kilometrów, gdzie nie mieli nawet tomografa. Tam stwierdzili, że na pewno jest w śpiączce insulinowej, więc pompowali mu przez sześć godzin glukozę, co oczywiście mu nie pomogło. Ostatecznie zawieźli go do Baranowicz, odległych o 200 km, tam natychmiast zrobiono mu operację, która trwała 5,5 godziny. Łącznie to dało 11 godzin, a wylew był bardzo rozległy. Sytuacja była też taka, że zainteresowała się nim policja, która podejrzewała, że może był pijany i dlatego upadł. Próbowała nawet nieudolnie go cucić. Nie był pod wpływem alkoholu, widziałam wszystkie jego wyniki krwi – opowiada w rozmowie z nami Agnieszka Stawicka.

Gdy wokalista w końcu otrzymał specjalistyczną pomoc, zaczęła się walka o jego powrót do zdrowia. - Gienek przez trzy tygodnie był na tzw. reanimacji w Baranowiczach, czyli na naszym OIOM-ie. Nikogo tam nie wpuszczano. Ani mnie, ani nawet jego mamy - wyjawia Stawicka.

Gdy okazało się, że na tym etapie lekarze nie mogli wdrożyć innego leczenia poza kroplówkami, bliscy Loski postanowili go przenieść bliżej rodzinnego domu. W szpitalu przebywał do lipca. Tam jednak czekało niemałe zaskoczenie. Jak wspomina Agnieszka Stawicka, personel oddziału neurologii jednocześnie poszli na miesięczny urlop. Jedynym wyjściem było zabranie artysty do domu. Loską zajęły się Stawicka i mama wokalisty, ale szczęśliwie nie zostały w potrzebie same. Udało im się zorganizować wsparcie. - Opieka jest teraz rodzinno-sąsiedzka. Sporo osób się zaangażowało. Trzeba sporo osób, żeby z nim ćwiczyć czy np. zachować odpowiednią higienę. Mama Gienka sama by nie dała z tym wszystkim rady – dodaje nasza rozmówczyni.

Po tym, jak udało się zapewnić Losce opiekę, Stawicka wróciła do Polski, by opowiedzieć, co spotkało artystę i zorganizować zbiórkę pieniędzy na jego leczenie. Z pomocą przyszła Polska Fundacja Muzyczna, która nagłośniła sprawę. - Dodam, że pierwszą zbiórkę zrobiliśmy tajną. Zwyczajnie nie chcieliśmy rozgłosu, myśleliśmy że szybko się obudzi i wróci do siebie. Bardzo pomogli nam przyjaciele i muzycy, za co jestem im ogromnie wdzięczna. Pieniądze, jakie zgromadziliśmy, starczyły na około dwa pierwsze miesiące. Później fundusze przekazała też Polska Fundacja Muzyczna, żebym jadąc znów na Białoruś mogła zrobić nowe zakupy i zabezpieczyć go na dłużej, bo na miejscu zbyt wiele nie można kupić – wyjawiła nam Stawicka.

Udało się nam też dowiedzieć, jakiej fizycznej pomocy potrzebuje artysta najbardziej. - Nie ma sensu wysyłać paczek. Jedną zrobiliśmy, ale okazało się, że sama zawartość wyniosła nas mniej niż sama przesyłka. My musieliśmy zapłacić za nią około 400 zł, a mama Gienka przy odbiorze musiała zapłacić 45 dolarów. Głównie potrzebujemy pomocy finansowej, ale jeśli ktoś chciałby przekazać jakieś środki dla osoby leżącej, może je przekazać. Zabierzemy je, gdy będziemy mieli transport, a jest przede wszystkim potrzebny do przewiezienia specjalistycznego łóżka. Nawiązuję też kontakt z konsulatem w Brześciu, są pomocni w sprawach formalnych, mieliby większą możliwość taki transport zorganizować. Ponadto, gdyby jakiś neurochirurg chciał go jeszcze skonsultować na podstawie dokumentów, które mam, to oczywiście jestem bardzo zainteresowana i będę wdzięczna za każdą radę – wylicza w rozmowie z nami.

Bardzo ważne jest, żeby włączyć leczenie dodatkowe. Jak się dowiadujemy, problem polega na tym, że tam praktycznie nie ma kompetentnych lekarzy. - Współpracuję z panią neurochirurg z Budzika. Niestety, bez świeżej tomografii niewiele jest mi w stanie powiedzieć, a transport przez kilkaset kilometrów tylko na badanie może Gienkowi zaszkodzić. Umówiłyśmy się tak, że kiedy znów pojadę do niego, będę mu robić filmy i wiem już dokładnie, na co zwrócić uwagę. Później, gdy je jej przywiozę, oceni swoim okiem i będzie mogła postawić diagnozę i będzie w stanie określić, w jakim jest stanie neurologicznym – dodaje

Autor: 
-----------
Źródło: 
wp.pl
Dział: 
Polub Plportal.pl:

Reklama